JA JUŻ DALEJ NIE BIEGNĘ

10. PKO Silesia Maraton

Zawodnicy na starcie 10. PKO Silesia Maratonfot. P. Witwicki, fundacja Silesia Pro Active

W końcu przyszedł czas na próbę do, której przygotowywałem się przez cały sezon. Najwyższa była już pora, bo z braku startów treningi stawały się wyzwaniem.

Przyznam, że nie czułem się przed biegiem zbyt pewnie. Zupełnie nie wiedziałem na co mnie stać i jakim tempem biec mi przystoi, toć to był mój pierwszy Maraton. Ponadto zdałem się na Plan treningowy z Polara, a że biegałem nieco szybciej niż zegarek mi kazał, to ten stroił fochy i rzadziej niźli bym sobie życzył Plan aktualizował. Ostatecznie tylko raz w trakcie przygotowań przekroczyłem dystans 30 kilometrów, a i tak był to wynik mojej samowolki podczas treningu z bardziej doświadczonym kolegą.

Na starcie pojawiliśmy się nieco zbyt późno i niewiele było czasu na przygotowania oraz rozgrzewkę, a już pomysł skorzystania z toalety, zupełnie było trzeba porzucić, bo kolejka wiła się aż po sam horyzont. To akurat było słabo zorganizowane, więc całe stada biegaczy znikały krzakach pobliskiego parku.
Poza tym jednym detalem nie można się już było jednak do niczego przyczepić. Trasa bardzo malownicza cały czas się zmieniała. Dużo zieleni, trochę kosmicznych przemysłowych krajobrazów z górniczymi szybami w roli głównej, cztery miasta, osiedle Giszowiec i jego familoki - coś pięknego.

Organizatorzy ogłosili konkurs na najlepszy doping, więc po drodze spore grupy kibiców ze swadą mobilizowały nas do walki.

W okolicach 25 kilometra, rozczuliła mnie scena, gdy sunący przede mną dobrym tempem, wyglądający na górnika Ślązak w sile wieku, odłączył nagle od swojego towarzysza ku stojącej na poboczu z reklamówką w ręce samotnej kobiecie - jak się rychło okazało swojej żonie - mówiąc "Ja już dalej nie biegnę. Zmęczyłem się.". Długo jeszcze słyszałem za sobą próby pozostałej dwójki przekonania go do dalszego biegu albo choćby marszu. Bardzo to było swojskie.

Natomiast po 30 kilometrze, gdy serce zaczynało mi już nieco kołatać, poczułem się nagle członkiem jakiejś większej, serdecznej wspólnoty, gdy swoją wodę podała mi biegnąca obok nieznana dziewczyna.

Pękający z dumy zawodnicy po zakończeniu 10. PKO Silesia Maraton

Długo udawało mi się biec zamierzonym tempem ale pod koniec, przyznam, było nieco trudno. W okolicy 35 kilometra zaczyna się na Silesii solidny 4 kilometrowy podbieg, gdy się kończył głowa sugerowała już uparcie przejście do spokojnego marszu, a najlepiej krótką drzemkę. Sugestie z niejakim bólem ignorowałem ale nogi nie niosły już tak jak wcześniej.

Ostatecznie na ostatnich 10 kilometrach straciłem jakieś 2 minuty i ze złością (sportową oczywiście) spoglądałem na mijających mnie z podejrzaną swobodą biegaczy.

Wszystkie jednak smutki i bóle rozwiały się już po chwili. Ostatnie 2-3 kilometry przez park i z górki, choć w moim wypadku już na całkiem sztywnych nogach. Zaraz zaś potem finisz po bieżni Stadionu Śląskiego, gdzie na trybunach rozsiadł się całkiem spory tłumek. Tego niezapomnianego i dużego sportowego przeżycia wszystkim Wam szczerze życzę.

I tak mój pierwszy Maraton miałem już za sobą. Jeszcze tylko pomoc jakiemuś nieborakowi z błaganiem w oczach w otwarciu butli z wodą i można było odpocząć.

Może to i męczące, może i bolesne ale jednocześnie wielka satysfakcja, radość i kop energetyczny. Jeśli tylko zdrowie pozwoli na pewno to powtórzę.

Relacja z biegu 4 Maraton 2
odpowiedz

Jarek

05 maja 2019 - 08:57 Fotka nas nie odmłodziła. Na szczęście widać na niej sporo radości i zadowolenia:)

Demiurg

06 maja 2019 - 09:03 Takie zdjęcie jaka przygoda :) A co do wieku, byle to nie nas tyczyła maksyma "Wielu chce żyć i nie starzeć się, a w rzeczywistości starzeją się i nie żyją".