16. KRAKOWSKI PÓŁMARATON MARZANNY

fot. D. Zagórski, KKB Dystans

Stało się! Nadeszła wiosna, a wraz z nią oficjalne rozpoczęcie sezonu biegowego w postaci 16. Krakowskiego Półmaratonu Marzanny. Ponieważ debiutanckim moim startem był ten w zeszłorocznej edycji tego biegu, więc dumnie mogę teraz Wam ogłosić pierwszą rocznicę mojego bzikowatego biegania.

Zeszłoroczny start wspominam z sentymentem, ale nie to było przyczyną, iż niecierpliwie czekałem na wczorajszą powtórkę, lecz to, że mogła odpowiedzieć na pytania na ile udało mi się odbudować formę po kontuzji, jak się ma moje obecne bieganie do tego sprzed roku, a co najważniejsze, jak bardzo niedorzeczny jest mój Cel na 2019. Ale po kolei.

Jak wiadomo bieg zaczyna się na kilka dni przed startem. Aby udowodnić prawdziwość tego twierdzenia, już od tygodnia głowiłem się jaki cel sobie postawić i strategię przyjąć. Ażeby rozważania nie całkiem były odklejone od rzeczywistości bazowałem na faktach, a te były takie:

  1. Mój najlepszy zeszłoroczny wynik na 21 kilometrów to 1:38:01 (podczas maratonu);
  2. Pod koniec pracowitego sezonu, niemal wyzionąłem ducha biegnąc 10 km w tempie 4:08;
  3. Nóżka stroiła fochy przez listopad i grudzień;
  4. Wagi w tym czasie nie przypilnowałem => WAGA+7 (pamiętajcie, łatwiej grubnie się niż chudnie).

Mózg dane zassał, dymił i dymił, aż wydymił strategię: 2 km na rozgrzewkę w tempie 4:35 potem szybciej 10 km w 4:25 i szybciej 6 km w 4:15 i ostatnie 3 km ile starczy tchu. Wiem wiem bardzo to skomplikowane ale Mózg wyczytał kiedyś, i tego się trzyma, że nie zdarza się aby zwycięzcą był kto szybciej biegł pierwszą połowę niźli drugą. Jak widzicie wychodzi 01:31:20. Mózg nie bardzo wierzył, że to może się udać, ale złośliwi koledzy strasznie go podpuszczali, a co więcej wściekle kusiła go okrągła godzina trzydzieści.

Aby uzupełnić nieco zapas glikogenu, już na dwa dni przed startem zwiększyłem nieco ilość cukrów w diecie - bez przesady jednak bo to nie maraton.

Miał też miejsce tapering, lecz coś poszło na opak i pobiegło się niepotrzebnie wieczorem przed startem, na szczęście ani daleko ani intensywnie.

16. Krakowski Półmaraton Marzanny - Biuro zawodówfot. D. Zagórski, KKB Dystans

Tego też wieczora zaszedłem do biura zawodów odebrać numer i pakiet startowy. Tu Marzanna ma sporego plusa. Biuro zawodów jest wzorowo zorganizowane i bardzo przestronne. Liczne stanowiska pozwalają wszystko załatwić w ciągu kilku minut.
Już tu, zwyczajowo, zaczęła mi się udzielać startowa gorączka. Biegacze solo, w grupkach albo z rodzinami. Grubi i chudzi. Młodzi i starzy. Tacy na luzie lub z miną zawziętą. Zaś między nimi woluntariusze - skorzystam z okazji by Wam podziękować- bez Was, to wszystko by się rozleciało. Czasem gdzieś przemknie ktoś z organizatorów - przeważnie z lekkim obłędem na twarzy.
Są też oczywiście stoiska budzące błysk w naszym oku. Zawsze naiwnie sobie myślałem, że można tu liczyć na jakąś okazję, zatem tym razem, mając już za sobą nieco doświadczenia, stanąłem na moment przyjrzeć się ofercie. O ile wybór zaiste był duży, to ceny jednak dla zdesperowanych - przykładem żele, które kupuję po 3,50 tu wyceniano na 8 i 10.

Wróciwszy do domu poświęciłem ciut czasu na import Strategii do mego Polara, a ponieważ miewałem już z nim niejakie problemy (o dziwo jedynie podczas oficjalnych startów), więc uruchomiłem go na próbę. Poszło jak po maśle, a ja spokojny udałem się na spoczynek.

Rano, tradycyjny posiłek przed biegiem. Dla mnie to 2 kromki z masłem orzechowym i kawał banana na dwie godziny przed samiutkim startem. I choć ten zwyczaj będę musiał zmienić (ostatnio lekko się przed tym daniem wzdragam), to nigdy mnie on nie zawiódł jeśli chodzi o zastrzyk potrzebnej energii.
Potem jeszcze tylko czarna kawa, przywdziać strój (z tym trochę nie trafiłem, bo było bez mała 30 stopni cieplej niźli w zeszłym roku) i truchtem się udać na start do balonika 1:39, przy którym zapowiedziała się grupka znajomych.

Nie nazbyt dobrze to wycyrklowałem - na miejsce dotarłem zaledwie dwie minuty przed czasem. Nie tylko nie odszukałem swego towarzystwa, ale i ugrzęzłem nieco zbyt daleko poza linią startu.

Polar nie zawiódł. Gdy wybrałem tryb pracy on, zgodnie z tradycją, dumnie oznajmił: "OJ! FATALNY ERROR.". Ja restart. On "ERROR!". W ostatniej jednak chwili zaskoczył łaskawie zwykły tryb treningu. Tyle odnośnie wsparcia w biegu - przyszło biec na czuja.

Zawodniczki 16. Krakowskiego Półmaratonu Marzannyfot. D. Zagórski, KKB Dystans

Teraz czas na kolejną zaletę Marzanny - gromadzi ona wybudzone ze snu zimowego i głodne biegania całe rzesze. W tym roku na starcie Półmaratonu stanęło ponad 3600 osób, zaś w równoległym biegu na dychę kolejnych niemal 1300 (część z nich dogoniliśmy jeszcze tuż przed metą). Energetyczna muzyka, pozdrowienia i uśmiechy, niecierpliwe oczekiwanie, a w końcu wspólne odliczanie, START i to co ja szczególnie lubię, gdy nagle harmider cichnie, wszyscy ruszają zdani już teraz tylko na siebie, a wszędzie wokół słychać ten charakterystyczny, rytmiczny i nad podziw głośny tupot tysięcy stóp. Odlot jeśli o mnie chodzi!

Trasę biegu mógłbym Wam opisać w najdrobniejszych szczegółach, ponieważ to są moje tereny, które przemierzam w te i we wte każdego tygodnia, miesiąca, a teraz już i roku.
Dość powiedzieć, że biegniemy wzdłuż Błoń, potem starą uliczką, aż na Nadwiślańskie Wały, którymi to prowadzi potem większość trasy. Zawracamy w okolicach 9 kilometra na Kładce Ojca Bernatka, biegniemy wokół Wawelu wpadając w Stare Miasto. Wracamy Plantami nad Wisłę, a potem już tylko rzut beretem i znów jesteśmy na Błoniach i mecie.

Uwielbiam biegać w tej okolicy - sporo zieleni, całe kilometry nad Wisłą z dala od ruchu ulicznego i zgiełku, wciąż zmieniające się krajobrazy: rzeka, a na niej braki, statki, Zamek, kościoły, stare kamienice ... Zaprawdę narzekać nie ma na co. Czasem nawet nie ma Smogu :)

Kibice na trasie 16. Krakowskiego Półmaratonu Marzannyfot. D. Zagórski, KKB Dystans

Wracając do biegu. Ruszyłem nieco zbyt szybko - pierwszy kilometr 4:05 kolejny 4:15. Potem już równym tempem, w którym dobrze się czułem - jak się okazało na każdym z 4 punktów pomiarowych (5, 10, 15 i 20 kilometr) miałem to samo tempo 4:19.
Zgodnie z zasadami sztuki posiliłem się w drodze, na 5 i 10 kilometrze wciskając w siebie wspomniane wcześniej żele. Na każdym wodopoju starałem się uzupełnić też nieco zapas płynów - pewnie to znacie większość wylewa się zwykle na różne części ciała.
Szczęśliwie na zapas wziąłem z Pakietu jedną z galaretek w cukrze - pomogła mi na ostatnich kilometrach nie myśleć o tym jak bolą mnie nogi, że tchu trochę brak i chętnie bym sobie kawałek przedreptał - przetrwałem ten kryzys, a nawet zafiniszowałem na ostatnich 300 metrach.

Przez chwilę myślałem, że zmieściłem się w 90 minutach - zabrakło mi jednak pięćdziesięciu sekund. Może udałoby się gdybym podszedł był do biegu nieco metodyczniej: pobiegł za PaceMakerem (na razie myślę, że tego nie lubię), ustawił się bardziej z przodu, nie pognał tak na początku ani finiszował, w zamian zaś zmusił się do tych 2, 3 sekund na każdym kilometrze (to by mogło boleć).
Żalu jednak nie mam bo bieg był udany, a nowe doświadczenia i materiał do przemyśleń zostały zebrane. Zresztą nie o ten jeden bieg tu chodziło, a o krok do Celu.

I tegoż właśnie Celu dotyczy największy mój dylemat, który roztrząsałem zasypiając wieczorem po biegu. Otóż, o ile umiem sobie łatwo wyobrazić iż przebiegam 21 kilometrów w tempie na godzinę trzydzieści, to myśl, że mam tak biec drugie tyle napawa mnie już lekkim przerażeniem. Nawet, przy mojej beztrosce, jakiś cienki głosik począł mi szeptać, że to niemożliwe, że trzeba odpuścić.

Tylko jak to tak?
Nawet nie spróbowawszy?

Myśl kiełkującą w głowie szybko wyplewiłem. Teraz zastanawiam się jakie korekty wprowadzić do Planu aby choć trochę zwiększyć szanse jego powodzenia.

I już drugi dzień z rzędu bolą mnie nogi. Tak dawno tego nie miałem, że aż zapomniałem.

Relacja z biegu 4 Półmaraton 2